Ustaw jako stronę główną Dodaj do ulubionych

 
 
  
  
 

Internetowe Centrum Informacji Pedagogicznej

 

Wielkanoc na Mazurach - dawniej

Oskar Kolberg, uznany badacz folkloru, wielkanocnym obyczajom mazurskim poświęca bardzo niewiele miejsca. W pracy „Mazury Pruskie” święta wielkanocne opisuje zaledwie w sześciu wierszach dołączając do tego pięć pieśni niemal identycznych z pieśniami śpiewanymi na Mazowszu.
„W pierwsze lub drugie święto bywa śmigus, czyli polewanie wodą wzajemne. W drugie święto biorą rózgi, czyli pręty wierzbowe z listeczkami zielonymi (moczonymi przez kilka dni w wodzie, by zieloność utrzymały ) i smagają nimi napotkanych na drodze” [3].
Na podstawie innych źródeł możemy jednak stworzyć obraz świąt wielkanocnych na dawnych Mazurach.
W Wielki Piątek palono na cmentarzu przykościelnym stare krzyże. Z każdego domu ktoś szedł do kościoła po „węgielki ze świętego ognia”. Węgielki te przechowywane były jako lek przeciw wrzodom.
W Wielką Sobotę chodzono do kościoła, by święcić wodę i ogień. Zwyczaj święcenia potraw nie był znany na Mazurach aż do 1945 r., ale przygotowywano ich bardzo dużo, aby starczyło na trzy dni świąt (tyle trwała Wielkanoc)[5].
Zwyczaje okresu wielkanocnego związane są z dawnymi wiosennymi wierzeniami, w których woda – jako moc oczyszczająca – miała najważniejsze znaczenie.

Pierwsze święto. Oczyszczająca moc wody.

W pierwsze święto wielkanocne, przed wschodem słońca, należało wyjść z domu i prędko iść lub biec w kierunku wschodnim do płynącej wody. Nie wolno było się oglądać, nie można było mówić. Jeśli jeszcze udało się spełnić dwa warunki : pójść nago i nikogo po drodze nie spotkać, wtedy woda nabierała większej mocy. Nad samym brzegiem należało powiedzieć głośno : „dzień dobry wódecko”[1].
Po powrocie do domu należało opryskać wodą śpiących domowników, potem krowy i konie „ co majo być zdrowe”. Często też kropiono dom i obejście gospodarskie.
Powszechnie wierzono, że woda czerpana przed wschodem słońca posiada moc cudowną – leczy chore oczy i liszaje. Dziewczęta zaś wierzyły, że zachowają zdrowie i urodę.
A oto jak świętowano w Sordachach : „ W niedzielę wielkanocną o wschodzie słońca ojciec zaczerpywał ze strumienia, który koniecznie musiał płynąć na wschód, wodę wielkanocną. Po cichu zakradał się do domu i wszystkim nam skrapiał stopy. Na koniec kropił wodą wielkanocną bydło, aby się dobrze i zdrowo chowało. Od babki nauczyliśmy się pieśni wielkanocnej i wiersza proszalnego w języku mazurskim i ćwiczyliśmy razem z chłopakami i dziewczynami od sąsiada. W niedzielę wielkanocną wkładaliśmy najstarsze odzienie, porządnie się przebieraliśmy i chodziliśmy ze śpiewem od gospodarstwa do gospodarstwa, gdzie dawano w podzięce jaja i ciasto, a czasem i gorzałki na rozgrzewkę. Ale też musieliśmy się nieraz pilnować, żeby nas wodą nie oblali”[4].
Informacje o obmywaniu się w wodzie płynącej na wschód dotyczą bardzo starych form zwyczajowych. W nowszych czasach wystarczała woda święcona z kościoła, którą przynoszono do domu w Wielką Sobotę.
W pierwsze święto nie było tradycji święconego ze specjalnymi potrawami. Gotowano muzę z pszennej mąki z mlekiem, albo ryż z mlekiem i gotowane jajka, które musiały być malowane. Potrawy mięsne podawano dopiero na wieczerzę.
W niedzielę wielkanocną wcześnie rano ludzie szli na pierwszą mszę z procesją i po skończonym nabożeństwie szybko wracali do domu. Gospodyni z dziewczętami zabierały się do malowania jaj. Gotowano je w łuskach cebuli na kolor brązowy lub w źdźbłach żyta na kolor zielony. Nie było powszechnego zwyczaju ozdabiania jajek wzorami [1]. Dzień ten spędzano z najbliższą rodziną, unikano sąsiedzkich spotkań, a czas urozmaicano sobie różnymi zabawami. Młodzi bawili się w „zakłady” – kto zje więcej jajek.

Drugie święto. Smaganie.
Już na dwie niedziele przed Wielkanocą dzieci i starsi chłopcy szli do lasu po gałązki brzozy, wierzby lub jałowca (kadyku). Gałązki wstawiano do letniej wody i trzymano w ciepłej izbie, aby się pięknie zazieleniły. Z tymi zielonymi gałązkami od rana obchodzono gospodarstwa po „smaganiu”.
Po smaganiu chodziły dwie grupy – dzieci i starsza młodzież męska. Dzieci chodziły do zamożniejszych domów lub domów swych krewnych. Smagali rózgami dorosłych po nogach i wołali : „smagom jajka i kołocze”. Otrzymywali w darze malowane jajka, kucha, cukierki lub groszaki.
Z drugiego na trzecie święto dziewczyny szły smagać chłopaków. Umawiały się z matką chłopców, by otworzyła drzwi do izby i wtedy one smagały.
Nie było powszechnego zwyczaju oblewania się wodą. Dyngus, znany obecnie, wprowadzony został przez ludność napływową osiadłą po II wojnie światowej na Warmii i Mazurach[1].

Wykupek wielkanocny.
Istnieją świadectwa, że zwyczaj ten był praktykowany w wielu wsiach Mazur Wschodnich jeszcze w latach powojennych[1]. W pierwsze lub drugie święto po wykupku chodziły dwie grupy – młodzież starsza w wieku 18-20 lat i dzieci. Grupy te nazywano „wykupnioki”.
Starsi mieli bardzo bogaty repertuar typowy dla prastarego zwyczaju kolędowania, składający się z zapytania, pieśni, wyprostki, powinszoania i podziękowania. Dzieci mówiły krótkie wierszowane oracje, rytmicznie je wykrzykując. Oracje te nazywano „przeprostki”, albo „wyrocek”.
A oto jak wspominają ten zwyczaj mieszkańcy powiatu ełckiego [2].
„W wielkanocne święta, w jednych miejscowościach tylko pierwszego dnia, w innych drugiego lub w oba pod rząd, dzieci i młodzież obchodziła domy po tak zwanym „wykupie”, czyli zbieraniu datków za winszowania, oracyjki dostosowane do tego święta. Zaczynano od śpiewania pod oknem na dworze pieśni „Wesoły nam dziś dzień” a po niej drugiej „Dobry wieczór dobra pani, cyście się nas spodziewali”. Następnie zapytywali, czy mogą dalej zabawiać gospodarzy : „A cy zwolą, cy nie zwolą, to ten domek rozweselą. Słowem bozem jak anieli w niebie”
Po uzyskaniu zgody jeden wypraszał o wykup mówiąc np. taką oracyjkę (Lipińskie koło Klus) :
„Pięć, pięć przyjdzie do waszej córecki piękny zięć,
Na koniku wronym, na siodełku cerwonem.
Oj nie będzie gorzałecki psił ani wasej córecki bił,
A choć się sam napsije i ją wybije, to ona mu wybacy...”
Po otrzymaniu wykupu znowu śpiewali pieśń wielkanocną i żegnali gospodarzy :
„Dziękuję wam gospodarzu
I wam miła gospodyni
Za ten wykup coście dali.
Wsiego rocku docekali
A znam lepsy wykup dali
Ostańcie się z Bogiem...”
Potem udawali się do następnego domu, a po zakończeniu chodzenia dzielili się datkami, a starsza młodzież urządzała sobie z datków poczęstunek z zabawą i tańcami[2].

Wróżby i przesądy.

Z Wielkanocą, podobnie jak z każdym cyklem świąt, wiązało się wiele wróżb i przesądów. Powszechny był zakaz chodzenia boso, aby się wrzodów nie dostało. Kurom należało dawać groch, żeby się dobrze niosły. W tym celu też gospodyni powinna była usiąść gołym tyłkiem na męskiej czapce. Na Wschodnich Mazurach popularna była wróżba mówiąca o powodzeniu oraz płci przyszłych cieląt na podstawie tego, kto pierwszy wejdzie do izby – kobieta, czy mężczyzna [6].
Po świętach wielkanocnych wracano do codziennych obowiązków i wyczekiwano następnej okazji do świętowania i zabaw.

Literatura:

Drabecka M., Krzyżaniak B., Lisowski J. : Folklor Warmii i Mazur. Warszawa : COMiUK, 1978.
Kawecki J., Roman B. : Ełk. Z dziejów miasta i powiatu. Olsztyn : Pojezierze, 1970.
Kolberg O. : Dzieła wszystkie. T. 40 : Mazury Pruskie. Kraków : Wydaw. Muzyczne, 1966.
Kossert A. : Mazury. Zapomniane południe Prus Wschodnich. Przeł. B. Ostrowska. Warszawa : SCHOLAR, 2004.
Obyczaje wielkanocne dawnych Mazurów (i inne). „Warmia i Mazury” 1973, nr 9, s. 2 (okł.).
Warmiacy i Mazurzy. Życie codzienne ludności wiejskiej w I połowie XIX wieku. Praca zbiorowa pod red. B. Kuźniewskiego. Olsztynek : Tow. Przyjaciół Olsztynka, 2002.

Opracowała:
mgr Barbara Maciukiewicz
Warmińsko-Mazurska Biblioteka Pedagogiczna Filia w Ełku
 

J. Kunicki MODN w EłkuOstatnia zmiana: 28 lutego 2007